Rozmowy toczyły się chyba od drugiej połowy lipca. Pora wakacyjna, a potem początek września nie służyły twórczej "pracy", ale w końcu nadszedł ten moment, że MUSIAŁAM to zrobić.
wtorek, 23 września 2014
poniedziałek, 22 września 2014
Biegowe przywitanie jesieni
Biegam sobie to tu, to tam. Najczęściej na pobliskiej Malcie. Już nie wypluwam sobie płuc jak było na samym początku... Zaczęłam pierwszego stycznia tego roku, ale miałam długie przerwy. Za długie, żeby bieganie weszło w krew. Dopiero latem wzięłam się za siebie na serio. No i biegam, jakiś czas temu zrealizowałam swój pierwszy cel, czyli 5 km. Kolejny: 5 km bez przerwy. Następny zrealizowałam wczoraj: 10 km biegu za mną.
Bieganie jest modne, mam wrażenie, że wszyscy biegają. A może tylko na moim osiedlu tak jest? Chyba co drugi blog zachwala tę formę aktywności, a znajomi prześcigają się w ilości udostępnianiu wyników i selfie na facebooku. Cóż, mnie cieszy ten trend, bo każda aktywność jest lepsza niż siedzenie na kanapie.
Moje bieganie to wypadkowa kilku czynników, ale nie miałoby sensu, gdybym tego nie polubiła. Zaczynałam w zimę, wiosna była mizerna, lato zdecydowanie najfajniejsze, a teraz idzie jesień i wiem, że będzie coraz trudniej...
Na szczęście mam męża, który mnie zachęca i motywuje (ta wczorajsza dyszka to przez niego), a także należę do grupy na fb Biegowe Mamy, do której przy okazji zapraszam wszystkie biegające Mamuśki. Grupa nam się rozrasta, coraz lepiej się poznajemy, wspieramy nie tylko w bieganiu, ale poruszamy tematy bliskie każdej z Nas.
Już jutro biegowe przywitanie jesieni u biegowych Mam.
Jeśli jesteś Mamą, biegasz, albo dopiero chcesz spróbować, to zapraszamy. Doradzimy, pocieszymy, a kiedy trzeba to kopniemy w tyłek w ramach zdopingowania do pracy nad sobą. I nie bój się Kobieto, że nie dasz rady, bo czasu nie ma, bo dzieci, praca, mąż i itd. Nie musisz od razu biegać maratonów, ale im dalej od przysłowiowej kanapy tym lepiej. Dla Ciebie, Twojej rodziny, pracodawcy... Tak, tak... O tym co zyskasz biegając odsyłam na Trening biegacza.
A ja już za dni kilka wezmę udział w swoim pierwszym oficjalnym biegu, ale o tym może innym razem.
Bieganie jest modne, mam wrażenie, że wszyscy biegają. A może tylko na moim osiedlu tak jest? Chyba co drugi blog zachwala tę formę aktywności, a znajomi prześcigają się w ilości udostępnianiu wyników i selfie na facebooku. Cóż, mnie cieszy ten trend, bo każda aktywność jest lepsza niż siedzenie na kanapie.
Moje bieganie to wypadkowa kilku czynników, ale nie miałoby sensu, gdybym tego nie polubiła. Zaczynałam w zimę, wiosna była mizerna, lato zdecydowanie najfajniejsze, a teraz idzie jesień i wiem, że będzie coraz trudniej...
Już jutro biegowe przywitanie jesieni u biegowych Mam.
Jeśli jesteś Mamą, biegasz, albo dopiero chcesz spróbować, to zapraszamy. Doradzimy, pocieszymy, a kiedy trzeba to kopniemy w tyłek w ramach zdopingowania do pracy nad sobą. I nie bój się Kobieto, że nie dasz rady, bo czasu nie ma, bo dzieci, praca, mąż i itd. Nie musisz od razu biegać maratonów, ale im dalej od przysłowiowej kanapy tym lepiej. Dla Ciebie, Twojej rodziny, pracodawcy... Tak, tak... O tym co zyskasz biegając odsyłam na Trening biegacza.
A ja już za dni kilka wezmę udział w swoim pierwszym oficjalnym biegu, ale o tym może innym razem.
Udanego dnia!
czwartek, 18 września 2014
Kartkowo :)
Etykiety:
Dla dzieci,
Dla dziewczynki,
Życzenia
Dziś jest wyjątkowy dla mnie dzień. Mój synek, prawie 14 miesięczny Piotruś zaczął samodzielnie chodzić. Wcześniej tylko robił kilka kroków, ale nie mógł się przełamać. Jak to w życiu dziwnie się układa: do południa byłam na niego wściekła, bo ciągle marudził, dosłownie wisiał na mnie, nie mogłam sobie poradzić z własną złością do niego. Popołudniu, gdy zaczął chodzić z pokoju do pokoju, to miałam łzy w oczach ze wzruszenia. Klaskałam, wołałam brawo i cieszyłam się jak głupia, byleby tylko chodził dalej... No cóż...
Dawno mnie tu nie było, ale jakoś ostatnio wolę czytać i oglądać inne blogi, niż zajmować się własnym. Chyba potrzebowałam zatęsknić do pisania, a może ten wpis znowu będzie jedynym w tym miesiącu? To nie jest tak, że nie mam o czym pisać. Co to, to nie! Chętnie opowiedziałabym o książkach, które ostatnio "pochłonęłam", o diecie, o bieganiu, karteczkach, spotkaniach, itd. itp.
Po tak długiej przerwie, na rozruszanie, zacznę od kartki, którą wykonałam na roczek Marii. Wyszła kolorystycznie energetyczna, a ponieważ miało być miejsce na kasę, to dorobiłam kopertę. Niestety musiałam reklamować swoją bigownicę, więc póki co męczę się, odliczam i zaznaczam "chałupniczo".
Oto efekt:
Dawno mnie tu nie było, ale jakoś ostatnio wolę czytać i oglądać inne blogi, niż zajmować się własnym. Chyba potrzebowałam zatęsknić do pisania, a może ten wpis znowu będzie jedynym w tym miesiącu? To nie jest tak, że nie mam o czym pisać. Co to, to nie! Chętnie opowiedziałabym o książkach, które ostatnio "pochłonęłam", o diecie, o bieganiu, karteczkach, spotkaniach, itd. itp.
Po tak długiej przerwie, na rozruszanie, zacznę od kartki, którą wykonałam na roczek Marii. Wyszła kolorystycznie energetyczna, a ponieważ miało być miejsce na kasę, to dorobiłam kopertę. Niestety musiałam reklamować swoją bigownicę, więc póki co męczę się, odliczam i zaznaczam "chałupniczo".
Oto efekt:
Ciekawe, czy Ktoś tu jeszcze zagląda....
Pozdrawiam zbłąkane duszyczki :)
środa, 20 sierpnia 2014
Po koncercie Justina Timberlake'a!
Jak tylko dowiedzieliśmy się z mężem o przyjeździe Justina Timberlake'a, od razu postanowiliśmy być na koncercie! Bilety w sprzedaży pojawiały się stopniowo, a rozchodziły błyskawicznie. Udało nam się je jednak zdobyć, więc czekaliśmy cierpliwie kilka miesięcy...
Nadszedł dzień koncertu. Od rana chodziłam rozkojarzona, próbując spakować wszystko, co mogłoby się przydać. Wiecie, małe wody mineralne, coś do jedzenia, parasol, kurtki, bluzy,chusteczki nawilżane itp. itd.
Całe szczęście, że dzieci mogły zostać pod troskliwą opieką dziadków, dzięki temu mogliśmy spokojnie jechać zobaczyć GWIAZDĘ!
Wyruszyliśmy z małym poślizgiem czasowym, ale nam chyba nigdy się to nie udaje odkąd mamy dzieci... Droga z działki pod Bydgoszczą do Gdańska minęła szybko. Słuchaliśmy na zmianę płyt JT i radia, które informowały o powiększającej się rzeszy fanów pod stadionem.
Na miejscu byliśmy przed 19, na otwarcie bramy czekaliśmy może z 15 minut. Przedział wiekowy fanów JT od nastolatków po wiek średni. Wiele dziewczyn było ubranych tak, jakby szły na randkę z Justinem. Sporo chłopaków ewidentnie zainspirowało się stylem idola... Jednym słowem: interesująco!
Nie mieliśmy miejsc siedzących (sic!), więc kto pierwszy, ten lepszy. Udało nam się stanąć całkiem blisko sceny (blisko to pojęcie względnie pojemne jeśli chodzi o płytę stadionu), więc cieszyliśmy się i czekaliśmy na rozpoczęcie. Było trochę zabawy i muzyki wcześniej (support), ale i tak wszyscy czekali na kulminacyjny punkt wieczoru.
Kilkanaście minut po 21 zabrzmiała muzyka Franka Sinatry:
Nadszedł dzień koncertu. Od rana chodziłam rozkojarzona, próbując spakować wszystko, co mogłoby się przydać. Wiecie, małe wody mineralne, coś do jedzenia, parasol, kurtki, bluzy,chusteczki nawilżane itp. itd.
Całe szczęście, że dzieci mogły zostać pod troskliwą opieką dziadków, dzięki temu mogliśmy spokojnie jechać zobaczyć GWIAZDĘ!
Wyruszyliśmy z małym poślizgiem czasowym, ale nam chyba nigdy się to nie udaje odkąd mamy dzieci... Droga z działki pod Bydgoszczą do Gdańska minęła szybko. Słuchaliśmy na zmianę płyt JT i radia, które informowały o powiększającej się rzeszy fanów pod stadionem.
Na miejscu byliśmy przed 19, na otwarcie bramy czekaliśmy może z 15 minut. Przedział wiekowy fanów JT od nastolatków po wiek średni. Wiele dziewczyn było ubranych tak, jakby szły na randkę z Justinem. Sporo chłopaków ewidentnie zainspirowało się stylem idola... Jednym słowem: interesująco!
Nie mieliśmy miejsc siedzących (sic!), więc kto pierwszy, ten lepszy. Udało nam się stanąć całkiem blisko sceny (blisko to pojęcie względnie pojemne jeśli chodzi o płytę stadionu), więc cieszyliśmy się i czekaliśmy na rozpoczęcie. Było trochę zabawy i muzyki wcześniej (support), ale i tak wszyscy czekali na kulminacyjny punkt wieczoru.
Kilkanaście minut po 21 zabrzmiała muzyka Franka Sinatry:
Potem pojawił się już ON! Niesamowity Justin Timberlake. Wszechstronnie uzdolniony, przystojny, a do tego bardzo czarujący. Oczywiście o gustach się nie dyskutuje, ale jeśli ktoś nie zna jego dorobku, to niech nie gada głupot i nie twierdzi, że to chłoptaś z Backstreet Boys (jesli już to z ' N Sync).
Sam koncert składał się chyba ze wszystkich hitów JT, od płyty Justified, przez FutureSex/LoveSounds, do The 20/20 Experience. Gwiazdorowi towarzyszył zespół muzyków, chórek i tancerze. Staliśmy na tyle blisko, że widzieliśmy, że JT rusza się, tańczy dokładnie jak w swoich klipach.
Najbardziej irytujące zjawisko to potrzeba nagrania koncertu na telefon przez chyba 3/4 fanów. Nie wiem jaki jest w tym sens? Nie lepiej się bawić, klaskać, machać swobodnie, tańczyć? Trafiło nam się towarzystwo nastoletnich Rosjanek, które już dwie godziny przed koncertem zaczęły robić sobie słitfocie, ciągle nagrywały filmiki, a skończyły pewnie zasypiając. Irytujące zjawisko...
Justin na koniec zaśpiewał Mirrors i zniknął, a ja nie mogłam uwierzyć, że to już koniec. Bawiłam się świetnie. Usłyszałam wiele przebojów w nowych aranżacjach, zobaczyłam jak tańczy, a do tego spędziłam trochę czasu tylko z mężem! Koncert uważam za udany!!! Kto nie był, niech żałuje.
Jeśli chodzi o kwestie organizacyjne, to na plus zaliczam możliwość zapłaty za parking przed imprezą. Niby banał, ale po koncercie Jennifer Lopez tworzyły się gigantyczne kolejki do biletomatów.
Minus przyznaję Miastu Gdańsk, które nie popisało się zamykając 3 pasy ruchu na drodze wyjazdowej ze stadionu! Korek był ogromny, no ale te 42 tysiące musiały jakoś wyjechać do domów.
Niestety nie było okazji, żeby zrobić sobie fotkę z Justinem po koncercie (hehe), ale znalazłam coś sprzed kilku lat... Ależ młodzi byliśmy... ;p
A na koniec polecam wszystkim koncert JT z Madison Square Garden. Majstersztyk!!! Najlepszy koncert jaki widziałam na dvd.
:)
czwartek, 14 sierpnia 2014
Kartki na ślub!
Najpierw przyszło jedno zamówienie na kartkę z okazji ślubu, potem drugie, więc poszłam "za ciosem" i zrobiłam kolejne dwie. Na zapas, hehe. Ostatnimi czasy kartkuję raczej sporadycznie, powiedziałabym "od wielkiego dzwonu", ale cóż...
piątek, 25 lipca 2014
Dla chłopca...
Etykiety:
Dla chłopca,
Gratulacje,
Życzenia
W końcu zmobilizowałam się, przejrzałam kompa i odnalazłam zaległą kartkę, a właściwie jej zdjęcie. Od maja czekała na publikację. Wyszło tak, bo dopiero niedawno dotarła do adresata (adresatów).
Stali obserwatorzy mojego bloga wiedzą, że lubię robić kartki w nietypowych kształtach i dla dzieci. Były już pieluchy, sukienki, albo auto. Tym razem mój wybór padł na śliniak, chociaż tylko jako element. Myślę, że innym razem "pójdę na całość" i zrobię dokładnie w takim kształcie kartkę.
Mix papierów, tekturowy dodatek, trochę sznurka i grafika Janet.
Stali obserwatorzy mojego bloga wiedzą, że lubię robić kartki w nietypowych kształtach i dla dzieci. Były już pieluchy, sukienki, albo auto. Tym razem mój wybór padł na śliniak, chociaż tylko jako element. Myślę, że innym razem "pójdę na całość" i zrobię dokładnie w takim kształcie kartkę.
Mix papierów, tekturowy dodatek, trochę sznurka i grafika Janet.
Dziś piątek, więc życzę udanego weekendu!
czwartek, 24 lipca 2014
Wakacyjnie
Ciekawe, czy Ktoś tu jeszcze zagląda...
Chyba już ponad miesiąc spędzam z dziećmi czas na działce w lesie. Każdy dzień i tydzień przynosi nowe wrażenia, spotkania i wiele radości. W tak zwanym międzyczasie pojechaliśmy rodzinnie nad nasze, polskie morze. Było fantastycznie!
Zdążyłam przeczytać do tej pory 3 książki, zaczęłam kolejną. Byłoby idealnie, gdybym jeszcze miała więcej energii do tworzenia kartek, albo albumów.
Dzień przed samym wyjazdem na moje wakacje kupiłam nową powieść Trudi Canavan pt. Złodziejska Magia.
Jak tylko zobaczyłam tę "cegłę" (ponad 600 stron) pomyślałam, że będę się świetnie bawić przez całe lato. Co do jednego miałam rację: wciągnęłam się od początku, świat rzeczywisty przestawał istnieć, a ja miałam wielką radość z czytania. Niestety... szybko skończyłam, połknęłam dosłownie tę powieść. Pozostał żal, że to koniec.
"Złodziejska Magia opowiada historię dwojga młodych ludzi. Tyen studiuje magię z historią na uniwersytecie. Pewnego dnia podczas wykopalisk w rękach pogrzebanego przed wiekami człowieka znajduje Vellę - księgę o niezwykłych właściwościach. Vella niegdyś była kobietą. Została zamieniona w księgę przez potężnego maga sprzed wieków, a jej zadaniem jest gromadzić i przekazywać wszelką wiedzę.
W zupełnie innym miejscu Rielle, córka farbiarza, chodzi do szkoły zakonnej w nadziei na znalezienie męża o lepszym urodzeniu, którego skusi nowa fortuna jej rodziny. Jednak to ją kusi charyzmatyczny ale biedny malarz, a do tego musi ukrywać swój talent do magii, która według kapłanów jest aktem okradania aniołów"(oficjalna recenzja ze strony Lubimyczytać.pl).
Dwa wątki, ale czy dwa światy? Do końca nie wiadomo co łączy bohaterów, bo ŻE coś łączy to raczej pewne. Bohaterowie dobrze scharakteryzowani, barwni, prawdziwi. Świat przedstawiony trochę nachalnie kojarzy się z systemem totalitarnym, ale tylko na początku (skojarzyłam z książką Pana Zajdla). Autorka nie narzuca się z długimi opisami, akcja toczy się wartko.
Złodziejska Magia to pozycja obowiązkowa dla fanów Trudi Canavan, a wszystkim zainteresowanych fantastyką polecam na początek Gildię Magów. To najlepsza pozycja w dorobku tej autorki, bo stanowi pewnego rodzaju całość mimo, iż należy do trylogii. W przypadku Złodziejskiej Magii mamy do czynienia ze wstępem. Po przeczytaniu nie pozostaje nic innego, jak czekać na drugi tom. Och...
Ps. Muszę jeszcze na koniec wspomnieć, że bardzo podoba mi się okładka. Prosta, ale przykuwająca moją uwagę. Styl bardzo podobny do poprzednich pozycji tejże autorki, ale "Lubię to". :)
Chyba już ponad miesiąc spędzam z dziećmi czas na działce w lesie. Każdy dzień i tydzień przynosi nowe wrażenia, spotkania i wiele radości. W tak zwanym międzyczasie pojechaliśmy rodzinnie nad nasze, polskie morze. Było fantastycznie!
Zdążyłam przeczytać do tej pory 3 książki, zaczęłam kolejną. Byłoby idealnie, gdybym jeszcze miała więcej energii do tworzenia kartek, albo albumów.
Dzień przed samym wyjazdem na moje wakacje kupiłam nową powieść Trudi Canavan pt. Złodziejska Magia.
Jak tylko zobaczyłam tę "cegłę" (ponad 600 stron) pomyślałam, że będę się świetnie bawić przez całe lato. Co do jednego miałam rację: wciągnęłam się od początku, świat rzeczywisty przestawał istnieć, a ja miałam wielką radość z czytania. Niestety... szybko skończyłam, połknęłam dosłownie tę powieść. Pozostał żal, że to koniec.
"Złodziejska Magia opowiada historię dwojga młodych ludzi. Tyen studiuje magię z historią na uniwersytecie. Pewnego dnia podczas wykopalisk w rękach pogrzebanego przed wiekami człowieka znajduje Vellę - księgę o niezwykłych właściwościach. Vella niegdyś była kobietą. Została zamieniona w księgę przez potężnego maga sprzed wieków, a jej zadaniem jest gromadzić i przekazywać wszelką wiedzę.
W zupełnie innym miejscu Rielle, córka farbiarza, chodzi do szkoły zakonnej w nadziei na znalezienie męża o lepszym urodzeniu, którego skusi nowa fortuna jej rodziny. Jednak to ją kusi charyzmatyczny ale biedny malarz, a do tego musi ukrywać swój talent do magii, która według kapłanów jest aktem okradania aniołów"(oficjalna recenzja ze strony Lubimyczytać.pl).
Dwa wątki, ale czy dwa światy? Do końca nie wiadomo co łączy bohaterów, bo ŻE coś łączy to raczej pewne. Bohaterowie dobrze scharakteryzowani, barwni, prawdziwi. Świat przedstawiony trochę nachalnie kojarzy się z systemem totalitarnym, ale tylko na początku (skojarzyłam z książką Pana Zajdla). Autorka nie narzuca się z długimi opisami, akcja toczy się wartko.
Złodziejska Magia to pozycja obowiązkowa dla fanów Trudi Canavan, a wszystkim zainteresowanych fantastyką polecam na początek Gildię Magów. To najlepsza pozycja w dorobku tej autorki, bo stanowi pewnego rodzaju całość mimo, iż należy do trylogii. W przypadku Złodziejskiej Magii mamy do czynienia ze wstępem. Po przeczytaniu nie pozostaje nic innego, jak czekać na drugi tom. Och...
Ps. Muszę jeszcze na koniec wspomnieć, że bardzo podoba mi się okładka. Prosta, ale przykuwająca moją uwagę. Styl bardzo podobny do poprzednich pozycji tejże autorki, ale "Lubię to". :)
Pozdrawiam!
czwartek, 26 czerwca 2014
Podziękowanie
Etykiety:
Dla kobiety,
Podziękowania,
Życzenia
Przed długim weekendem Jasiu pożegnał się z przedszkolem, spakowaliśmy się "poważnie" i przyjechaliśmy tu... Od lat spędzamy znaczną część lata na działce w lesie. Póki co pogoda nie jest plażowa, ale wystarczająco dobra, aby cały dzień spędzić pod gołym niebem.
W ramach podziękowania dla Pań w przedszkolu przygotowałam kartkę i dołożyłam słodkie co nieco. Wykorzystałam wygraną tekturkę ze Skrapińca oraz wygrane papiery z DpCraft (szczęścia chodzą parami!).
W ramach podziękowania dla Pań w przedszkolu przygotowałam kartkę i dołożyłam słodkie co nieco. Wykorzystałam wygraną tekturkę ze Skrapińca oraz wygrane papiery z DpCraft (szczęścia chodzą parami!).
| Jasia palce w tle... |
Papiery idealnie mi przypasowały, bo Jasiu chodził do grupy Motyle. Do tego znalazłam tekturowe motylki chyba z I Kropka (?). A napis Motylkowym Paniom wydał mi się oczywisty...
***
Udanego dnia!
wtorek, 24 czerwca 2014
Przeczytane...
Nawet jak mnie tutaj nie ma, to jestem. W głowie piszę teksty, które jakoś nie materializują się na bloggerze. Niestety.
Teraz siedzę sobie na schodach domku w lesie, dzieci śpią, kot mruczy, ptaki śpiewają... jest świetnie.
Uwielbiam filmy, fascynuje mnie świat aktorów, a w szczególności podziwiam prawdziwe GWIAZDY dawnych lat. Jedną z nich jest Grace Kelly, którą po raz pierwszy zobaczyłam w filmie Hitchcocka "Okno na podwórze". Ostatnio pojawił się film o jej życiu, więc na początek postanowiłam przeczytać książkę...
Joanna Spencer w Grace. Księżna Monako postanowiła opisać narodziny gwiazdy, ale przede wszystkim życie u boku księcia Rainera. Książkę czyta się jak powieść, a nie biografię. Jak dla mnie, nie ma w niej nic więcej, niż można było przeczytać w notkach prasowych. Całość trąci banałem, wszystko jest ładnie, poprawnie, chronologicznie opisane. Książka rzekomo miała wzbudzać kontrowersje, bo sugeruje, że księżna nie była szczęśliwa w małżeństwie... Litości! Inny wątek to "rozwiązłe" życie aktorki, jej romanse. To mogło gorszyć i wzbudzać sensację w latach 60-tych, ale teraz?
Nie wiem dla kogo ta książka? Zdecydowanie odradzam fanom filmów, bo oni już właściwie będą wszystko wiedzieć. Okładka ładna, zachęcała do kupna, ale to trochę za mało.
Myślę, że film będzie ciekawszy, ale to jeszcze przede mną.
A może ktoś czytał Grace. Księżna Monako i ma inne zdanie? Ktoś widział film? Warto?
Teraz siedzę sobie na schodach domku w lesie, dzieci śpią, kot mruczy, ptaki śpiewają... jest świetnie.
Uwielbiam filmy, fascynuje mnie świat aktorów, a w szczególności podziwiam prawdziwe GWIAZDY dawnych lat. Jedną z nich jest Grace Kelly, którą po raz pierwszy zobaczyłam w filmie Hitchcocka "Okno na podwórze". Ostatnio pojawił się film o jej życiu, więc na początek postanowiłam przeczytać książkę...
Nie wiem dla kogo ta książka? Zdecydowanie odradzam fanom filmów, bo oni już właściwie będą wszystko wiedzieć. Okładka ładna, zachęcała do kupna, ale to trochę za mało.
Myślę, że film będzie ciekawszy, ale to jeszcze przede mną.
A może ktoś czytał Grace. Księżna Monako i ma inne zdanie? Ktoś widział film? Warto?
czwartek, 15 maja 2014
Książkowo
Lubię biografie, a najbardziej historie interesujących kobiet. Wszystko zaczęło się od Hilary Clinton, ale o tym może innym razem. Dziś chcę Was zachęcić do przeczytania o żonach astronautów!
Lily Koppel spotkała się z żonami pierwszych astronautów Stanów Zjednoczonych. Te kobiety zaistniały w świadomości Amerykanów tylko dla tego, że dzieliły życie z mężczyznami, którzy podbijali kosmos.
Z dnia na dzień te zwyczajne matki, żony, w przeważającej większości gospodynie domowe znalazły się w centrum uwagi opinii publicznej, na okładkach magazynów, udzielały wywiadów i uczestniczyły w galach i bankietach. Nagle miały pieniądze na eleganckie ciuchy, budowę i urządzanie domów. Jednak obraz jaki się wyłania z tej książki nie jest sielski i idealny. Te kobiety codziennie żyły w strachu, że coś się stanie z ich mężami. Musiały ukrywać swoje emocje, stwarzać pozory idealnego życia, mimo częstych zdrad tych mężów. Sławę ich mężów można porównać do gwiazd rocka. Pokusy otaczały ich zewsząd, a oddalenie od rodziny robiło swoje. Kobiety często zaciskały zęby, bo od początku wiadomo było, że im bardziej udane małżeństwo, tym większa szansa astronauty na lot. Presja odcisnęła niebagatelne piętno na życiu rodzin astronautów, a większość z małżeństw nie przetrwała próby czasu. Wszystko w imię ogólnie pojętego dobra narodowego.
Książka jest ciekawa z uwagi na cało tło, otoczkę, bo doskonale pokazuje realia lat 50, 60 i 70. Dzięki Astrożonom możemy zobaczyć jak się zmieniały nastroje, mody, historia USA. Żony Astronautów to opowieść o kobiecej przyjaźni i amerykańskiej tożsamości. Całkiem możliwe, że gdyby nie te silne kobiety, które dyskretnie ofiarowały niezbędne wsparcie swoim mężom, człowiek nigdy nie dotarłby na Księżyc.
Żony Astronautów Lily Koppel Fantastycznie się czyta, można dopasować obrazy znane z filmów (np. Tom Hanks i Apollo 13). Gorąco polecam!
Lily Koppel spotkała się z żonami pierwszych astronautów Stanów Zjednoczonych. Te kobiety zaistniały w świadomości Amerykanów tylko dla tego, że dzieliły życie z mężczyznami, którzy podbijali kosmos.
Z dnia na dzień te zwyczajne matki, żony, w przeważającej większości gospodynie domowe znalazły się w centrum uwagi opinii publicznej, na okładkach magazynów, udzielały wywiadów i uczestniczyły w galach i bankietach. Nagle miały pieniądze na eleganckie ciuchy, budowę i urządzanie domów. Jednak obraz jaki się wyłania z tej książki nie jest sielski i idealny. Te kobiety codziennie żyły w strachu, że coś się stanie z ich mężami. Musiały ukrywać swoje emocje, stwarzać pozory idealnego życia, mimo częstych zdrad tych mężów. Sławę ich mężów można porównać do gwiazd rocka. Pokusy otaczały ich zewsząd, a oddalenie od rodziny robiło swoje. Kobiety często zaciskały zęby, bo od początku wiadomo było, że im bardziej udane małżeństwo, tym większa szansa astronauty na lot. Presja odcisnęła niebagatelne piętno na życiu rodzin astronautów, a większość z małżeństw nie przetrwała próby czasu. Wszystko w imię ogólnie pojętego dobra narodowego.
Książka jest ciekawa z uwagi na cało tło, otoczkę, bo doskonale pokazuje realia lat 50, 60 i 70. Dzięki Astrożonom możemy zobaczyć jak się zmieniały nastroje, mody, historia USA. Żony Astronautów to opowieść o kobiecej przyjaźni i amerykańskiej tożsamości. Całkiem możliwe, że gdyby nie te silne kobiety, które dyskretnie ofiarowały niezbędne wsparcie swoim mężom, człowiek nigdy nie dotarłby na Księżyc.
Żony Astronautów Lily Koppel Fantastycznie się czyta, można dopasować obrazy znane z filmów (np. Tom Hanks i Apollo 13). Gorąco polecam!








