poniedziałek, 4 listopada 2013

Ida...

     Koleżanka zaprosiła mnie do kina (dziękuję B.) Poszłam, a jakże, bo dawno nie byłam, a perspektywa kawy po seansie, również nęciła. Tym bardziej, że wyjścia bez dzieci rzadko się zdarzają.

     Ida w reż. Pawła Pawlikowskiego to pięknie nakręcony film. Ładny wizualnie, czarno - białe kadry urzekają, mimo, iż sceny trącą momentami kiczem. Nie umiem wypowiedzieć się o temacie filmu, czas powojenny, rozliczeń i poszukiwań, jest mi obcy. Kiepsko odrobiłam tę lekcję historii...


     Ida to panna w klasztorze, którą krótko przed ślubami przełożona wysyła do jedynej żyjącej krewnej, aby poznała przeszłość. Ciotka okazuje się być sędzią, a nasza tytułowa bohaterka żydówką. Razem ruszają do rodzinnej wsi szukać grobu rodziny...

     Agata Trzebuchowska grająca Idę jest mdła, nijaka, w żaden sposób nie rozumiem jej zachowań. Cały film zdominowała Agata Kulesza, czyli ciotka głównej bohaterki. To postać tragiczna, z początku oschła, rozwiązła, z czasem pokazuje wrażliwość i kruchość. Mamy jeszcze postać przystojnego grajka, aczkolwiek niewiele wnosi do filmu.

     Akcja toczy się leniwie, ale piękne zdjęcia wynagradzają miałkość fabuły. To nie jest film, który mogę polecić każdemu. Właściwie to nie wiem dla kogo został nakręcony. Dla tych co żyli w tamtych czasach? Jako lekcja historii dla dzisiejszej młodzieży? Nie wiem...

   To film dla wielbicieli Agaty Kuleszy. Tak, zdecydowanie! :)

niedziela, 3 listopada 2013

Jeszcze dalej niż Północ

 Tak się jakoś ostatnimi czasy porobiło, że oglądam francuskie filmy. Głównie komedie, ale nie tylko. Chyba mi się gust zmienił, albo amerykańskie produkcje zrobiły się na jedno kopyto? Nie wiem, nie wiem... No dobra, mało filmów ostatnio oglądam, a w kinie to nie pamiętam kiedy byłam ostatnio. Ratuje mnie Canal+.

czwartek, 31 października 2013

A w Paryżu...

     Tak jak napisałam, tak też robię. Śpię mniej, chociaż bardziej dlatego, że dzieci się uwzięły, niż ja nastawiam budzik. Efekty są (poza "workami pod oczami"), bo zrobiłam już kilka kartek świątecznych, które sfotografuję wkrótce i pokażę, ale także skończyłam czytać kolejną książkę! A na półce pojawiły się kolejne, bo wysłałam jakiś czas temu zdjęcie na konkurs i zdobyłam pierwszą nagrodę.

 

     Dzisiaj jednak chcę opowiedzieć o Paryżu, a konkretnie o tym, jak rodzice francuscy wychowują dzieci, że nie grymaszą...


     Pamela Druckerman to Amerykanka, której przyszło żyć i wychowywać trójkę swoich dzieci w stolicy Francji. W pierwszym rozdziale dokładnie opisuje pomysł napisania tejże książki, pod wiele mówiącym tytułem: Francuskie dzieci nie rzucają jedzeniem...

     Jest to książka zdecydowanie dla wszystkich tych, którzy spodziewają się potomstwa, albo takowe już posiadają. To nie jest poradnik, ale raczej dogłębna analiza społeczna. Autorka z "dziennikarską dociekliwością tropi tajemnice francuskiego wychowania".

     Zaczyna od tematu ciąży, podejścia do zmieniającego się ciała, diety, ćwiczeń, potem pisze o nieprzespanych nocach, karmieniu naturalnym, albo mlekiem modyfikowanym, o powrocie do pracy, żłobkach, przedszkolach, kłopotach intymnych (refundowana rehabilitacja krocza!!!?), a także zmieniającymi się relacjami między partnerami.

     To co mi się podoba w tej książce, poza stylem pisania ("lekkie pióro"), to sposób, w jaki autorka porównuje systemy wychowania: amerykański (polski też pasuje), i francuski. Wyjaśnia dokładnie z czego wynikają różnice i jakie są skutki. A najważniejsze, że poznajemy odpowiedź pytanie z tytułu książki, dlaczego w Paryżu dzieci nie grymaszą...
     Korci mnie, żeby chociaż w skrócie opisać pewne zasady, ale tego nie zrobię. Nie zabiorę Wam przyjemności przeczytania tej książki! Wiem, że czytanie o dzieciach wieczorem, gdy one w końcu już zasną, a wy padacie na twarz ze zmęczenia, jest ostatnią rzeczą o której marzycie, ale warto. Pomijając aspekt "wiedzy", to książka napisana jest lekko, z dystansem i humorem. Czyta się bardzo przyjemnie, a ja wiem, że muszę popracować nad cadre...

     Polecam gorąco W Paryżu dzieci nie grymaszą! :):):)

poniedziałek, 28 października 2013

Za dużo snu!

     Do takiego właśnie doszłam ostatnio wniosku! Ciągle mam wrażenie niedoczasu, zaległości piętrzą się, a ja nie mam wcale poczucia, że się lenię. Co to, to nie! Absolutnie. Postanowiłam, więc przeprowadzić dogłębną analizę mojego dnia i doszłam do wniosku, że muszę spać krócej. Do tej pory wychodziło jakieś 7,5 godziny z przerwą na karmienie Piotrusia, a czasami, żeby uspokoić Jasia... No i wychodzi na to, że jeśli zredukuję sen do 6 godzin to powinnam być wyspana i wypoczęta. Są ludzie, którzy twierdzą, że wystarcza im 4-5 godzin, ale ja IM NIE WIERZĘ!!!

     Nowy plan zaczęłam wprowadzać od dzisiaj, a właściwie od wczoraj. Zmiana czasu pomieszała w głowach moich dzieci, więc jestem "na nogach" od 5 rano... Cudowne doświadczenie, nie ma co! :)

    Plan ma mi pomóc nie tyle nadrobić zaległe prace domowe (umyję w końcu te okna!!!), ale raczej na nowo wprowadzić zwyczaj scrapowania wieczorami. Brakuje mi moich papierków, nożyczek, kleju, maszynek i wykrojników.... Zabieram się powoli za kartki świąteczne, ale dziś pokażę kartkę z okazji chrztu świętego małego Jakuba :)

     Odświeżyłam formę, którą już kiedyś wykorzystałam w kartce urodzinowej.

Książka :)


     Może wśród zaglądających na mojego bloga są tacy, którzy śpią mniej od ode mnie? A może wprost przeciwnie, więcej? Pochwalcie się, ile czasu potrzebujecie przeznaczyć na sen, aby normalnie funkcjonować?

wtorek, 22 października 2013

Jasiowa obsesja...

     Jakiś czas temu pisałam o zauroczeniu Jasia ciuchciami, a dokładnie Tomkiem. Nic się nie zmieniło w tym temacie, a właściwie tylko nasiliło. Pewnego dnia okazało się, że Jasiu zostawił w przedszkolu ciuchcię i wagon, a następnego nie udało się ich odnaleźć. Cały weekend musieliśmy go zapewniać, że będzie dobrze, ale skończyło się na zamówieniu nowego Tomka przez Allegro i reanimacji plastikowej Ani, która była bez kół... Tak, "karmimy jego głoda" chociaż mamy już serdecznie dość "Tomi Tomi", słuchania  i czytania kolejnych przygód tejże jakże sympatycznej ciuchci...

     W minioną sobotę dostałam "cynk", że na Targach Poznańskich ma miejsce impreza, na której m.in. są modele kolejnictwa. Postanowiłam zabrać Jasia, skoro lubi te klimaty...

     Napiszę tylko, że było interesująco... Jasiu wpadł amok, nic go innego nie interesowało, klapki na oczach i histeria, gdy powiedziałam, że musimy wracać do domu... Na szczęście zrobiłam kilka zdjęć i nagrałam filmiki... Teraz codziennie Jasiu podkrada mi telefon i przeżywa wszystko od nowa...

     Były pociągi ogrodowe... Na jednej Jasiu nawet jechał!


      Jednak to makiety i jeżdżące ciuchcie "skradły serce" synka...


      Dbałość o szczegóły porażała...




     Ta historia będzie miała ciąg dalszy. W poniedziałek dowiedzieliśmy się, że przedszkolaki pojadą niedługo do Borówca obejrzeć największą w Polsce makietę kolejnictwa!!! Muszę tylko uprzedzić opiekunów, że mogą mieć problem z odciągnięciem Jasia od ciuchci i powrotem do Poznania.

     Nie spotkałam się do tej pory z takim zaangażowaniem dziecka w tym wieku w konkretnej dziedzinie. To przekracza według mnie normalne zainteresowanie, to już czysta OBSESJA! A może się mylę?


poniedziałek, 14 października 2013

Diana...

     W tym roku mija szesnasta rocznica śmierci Diany, eksżony Karola, pierwszego w kolejce do tronu brytyjskiego. Matki Williama i Harrego. Królowej ludzkich serc. Do dziś pamiętam szum w tv i gazetach. Moja mama płakała oglądając Wiadomości (!). Największe wrażenie zrobiła na mnie scena, gdy dziennikarze pokazali nastoletnich synów z ojcem przechadzających się pośród kwiatów złożonych w hołdzie Diany. Uświadomiłam sobie ogrom ich tragedii, bezmiar rozpaczy, gdy w tak w młodym wieku traci się najbliższą osobę.

     Przez te szesnaście lat było sporo książek, filmów, programów dokumentalnych na temat życia Diany. Wiele faktów było naciąganych, inne pokazane z perspektywy innych osób (Królowa z Helen Mirren).
Jednak pozycja napisana przez Andrew Mortona jest najbardziej wiarygodną, bo główna bohaterka sama współtworzyła tę książkę.


     Nie mogę ocenić samej Diany, jej wyborów, słów i opinii. Jednak do samej książki mam małe "ale".
     Książkę otwiera rozdział "Jej własnymi słowami", gdzie Diana pisemnie odpowiadała na pytania biografa. Zawarła w niej wszystko, skrupulatnie oddała swoje uczucia i pragnienia, sytuacje i kontekst. Później A. Morton właściwie wszystko powtarza, tylko wtrąca trochę "ble, ble, ble". Może się czepiam, ale jego opisy nie wnoszą niczego nowego. Dlatego uważam, że może w ramach rocznicowego wznowienia, warto by było dać tylko druk Diany?

     Właściwie to skąd ten cały szum właśnie teraz?! 16 to nie jest okrągła rocznica... W kinach pojawił się film Diana, ale czy to wystarczający powód?

     Książkę czyta się dobrze, płynnie, gładko. Doskonała pozycja dla fanów biografii znanych ludzi, a także monarchii brytyjskiej. Polecam szczególnie pierwszy rozdział, a także posłowie napisane przez Elżbietę Królikowską-Avis. Wnosi nowe spojrzenie na związek Karola i Diany...

***
Może Ktoś z Was widział już ten film? Warto obejrzeć? Naomi Watts wygląda bardzo podobnie...

czwartek, 10 października 2013

Dla Ciężarówki :)

      Pamiętam jak niedawno robiłam dla siebie notes ciążowy, taki rodzaj pamiętnika. A tu już dzidzia na świecie ponad dwa miesiące...

     Zrobiłam jednak kolejny pamiętnik ciążowy, tym razem dla koleżanki z licealnej ławy. Uznałam, że przyda się coś na wszystkie wyniki badań, zdjęcia, zapiski dat kolejnych wizyt, czy wskazań lekarskich.

     Kolory podpatrzyłam z jednego z ostatnich wyzwań...


     Znalazły się na notesie kwiatki materiałowe...


     Dodałam trochę tiulu, żeby dodać lekkości...


     Podzieliłam całość na trzy części odpowiadające trymestrom. W każdej części jest "koszulka" na wyniki badań, a także miejsce na wklejenie zdjęcia dzidzi.


      Jest też kieszonka, w którą powinna się zmieścić karta ciąży...


     Troszkę tekturowych elementów i sznurka...


     Mam nadzieję, że notes / pamiętnik się przyda i będzie się sukcesywnie zapełniał. Aż do szczęśliwego rozwiązania, gdy będzie można zaznaczyć datę na stempelku od Jolagg


     Kolorystyka jest według mnie uniwersalna, chociaż to bez większego znaczenia, bo to pamiętnik ciążowy, mamusiowy, a nie dla dziecka. Chociaż wróżę koleżance córkę, hehe :) 

***

Dziękuję za odwiedziny, będzie mi miło, jeśli zostawicie kilka słów od siebie w formie komentarza :)

środa, 9 października 2013

Hello Kitty...

     Za mną długi weekend. Było męcząco, ale bardzo rodzinnie i sympatycznie. Wyjechaliśmy na chrzest Piotrusia, urodziny siostrzenicy i chrześniaka męża. Udało mi się jeszcze spotkać z koleżanką z licealnych czasów.

     Dziś pierwszy raz po ponad dwutygodniowej przerwie Jasiu poszedł do przedszkola. Rano był ryk i potok łez, ale mam nadzieję, że jutro będzie lepiej. Dzięki temu mogę spokojnie zająć się młodszym synkiem, który od jakiegoś tygodnia pięknie się uśmiecha. Liczę na to, że w najbliższym czasie ogarnę zaległości domowe i zabiorę się za scrapowanie. W planach robienie kartek świątecznych i album dziecięcy. Zobaczymy co z tego wyjdzie...

     Pokażę dziś dwie karteczki, jedną zrobiłam specjalnie dla córeczki mojej siostry, która skończyła właśnie 3 lata.



    Wiecie skąd pomysł na Hello Kitty na kartce...?!?


Różnica wieku między Klaudią a moim Jasiem to 3 miesiące... Fajni są, czyż nie?

***

Dziękuję za wszystkie komentarze, jest miło, że jeszcze tu zaglądacie. 
Już "za chwilę" pokażę pamiętnik - notes ciążowy!
Do zobaczyska!

poniedziałek, 30 września 2013

Uprawiam zapasy...

walka z oporem
Źródło
Od ponad tygodnia Jasiu ma kaszel i katar, nie chodzi więc do przedszkola. Muszę mu trzy razy dziennie podawać lekarstwa w syropie i tutaj dochodzi do scen rodem z maty zapaśniczej.

czwartek, 19 września 2013

Filmowo

     Dostałam od psiapsióły filmy do obejrzenia, więc pewnego wieczoru sprawdziłam na FILMWEB cóż to mam... Jak zobaczyłam opis pierwszego, to wymiękłam i poszłam spać. Kolejnego wieczoru stwierdziłam jednak, że coś mi tu nie pasuje, bo P. jakieś badziewia by mi nie poleciła! Odpaliłam film i wsiąkłam...
     Napisanie, że BYZANTIUM to historia o wampirach to wielkie uproszczenie. Jeśli ktoś spodziewa się opowiastki podobnej do Zmierzchu, to się srogo zawiedzie. Klimat, który wyreżyserował Neil Jordan (ten od Wywiadu z wampirem, Ondine, Odważna), daleki jest od lukrowanego podejścia do tematu.

     Byzantium opowiada historię dwóch wampirzyc, seksownej Clary i skromnej Eleonory, które ciągle zmieniają miejsce pobytu, ze względu na czyhające niebezpieczeństwo. Uciekając przed ścigającymi je mężczyznami trafiają do nadmorskiego kurortu, gdzie zamieszkują w tytułowym Byzantium.

     Najważniejsze w tym filmie są relacje łączące obie kobiety, które poznajemy stopniowo. Każda z nich reprezentuje inne podejście do tematu pozbawiania życia, sam wampiryzm ma trochę inne źródło niż w innych tego typu obrazach. Podoba mi się w tym filmie to, że to kobiety "grają pierwsze skrzypce", to wokół nich historia krąży. Są silne, nie mają długich kłów, nie mordują bez opamiętania i mogą przemieszczać się za dnia. Aktorsko Gemma Arterton (Clara) i Saoirse Ronan (Eleonor) wypadają przekonywująco. To nie jest jednak babski film.


     Duży plus należy się za dekoracje (morski kurort poza sezonem, szarobure blokowiska), które w połączeniu z muzyką dają posępne wrażenie. Dalekie od hollywodzkiego podejścia do tematu wampirów.

     Dla mnie Byzantium to połączenie melancholijnego dramatu z  mrocznym horrorem. Ale spokojnie, leje się sporo krwi, ale przemoc pokazana jest groteskowo, ubrana w cudzysłów. Można jeść spokojnie w czasie oglądania. A przynajmniej ja nie miałam z tym problemu...


     Wieczory robią się coraz dłuższe, więc jeśli Ktoś szuka czegoś wartego obejrzenia to polecam Byzantium!

***

Kochani, dziękuję za komentarze pod poprzednim postem. Cieszę się, że zaproszenia Wam się podobają, a rady, które daliście wdrażamy :)
Udanego dnia!